"Tancred"

    Z dworem Augusta II Sasa, zwanego Mocnym, przybył ongiś do Polski pułkownik wojsk saskich nazwiskiem Reinhard, którego przodkowie pochodzili z francuskich prowincji Alzacji i Lotaryngii i zwali się "Re-nard" - "lis" (zachowany w starym herbie rodowym). Nazwisko to zniemczyło się z biegiem lat, a nie bez wpływu na dwa człony jego brzmienia - rein - czysty i hardt - twardy, był charakter przodków, odziedziczony zresztą przez pułkownika wojsk saskich. Pułkownik zakochał się w Polce i w Polsce, założył rodzinę i tu pozostał.

    Od tego francusko-saskiego przodka wywodziła swój ród Danuta Reinhard, młodziutki żołnierz Szarych Szeregów. Gdy wybuchła wojna, Danusia miała dziesięć lat. Mieszkała z rodzicami w Mławie, lecz ponieważ miasto wraz z okolicą zostało przyłączone do Rzeszy, państwo Reinhard musieli uchodzić przed represjami hitlerowskimi do Generalnego Gubernatorstwa.

    Przez jakiś czas Danusia przebywała u swej ciotki, Zofii Arkuszewskiej, w Krupkach, dworku pamiętnym z pobytu w nim majora Hubala. Dworek ów zapisał się na kartach historii nie tylko tamtym Wrześniem, lecz także przez cały okres okupacji był schronieniem dla ukrywającej się inteligencji polskiej, dla konspiratorów i żołnierzy, a przede wszystkim był centrum tajnego nauczania. Pani Arkuszewska utworzyła szkołę i Danusia tu właśnie pobierała pierwsze nauki gimnazjalne, korzystając z doborowych sił nauczycielskich, spośród których pamięta takie nazwiska jak: dramatopisarz Jerzy Zawieyski, profesor Moczarski z Uniwersytetu Poznańskiego, profesor Ponikowski. W tajnej szkole pani Arkuszewskiej kształcili się młodzi, z których niejeden wniósł potem trwały wkład w walkę o wolność, a później w odbudowę i kulturę kraju, jak na przykład Tadeusz Drewnowski, krytyk literacki i publicysta, czy sama Danusia Reinhard, obecnie mecenas Danuta Kalinowska, specjalista w dyscyplinie prawa pracy.

    Wojenne losy Danusi obfitują w tragiczne i bohaterskie wydarzenia. Mając trzynaście lat przechodzi przeszkolenie łączniczki, stając się żołnierzem Szarych Szeregów. Ideologia harcerska, znana jej jeszcze z przedwojennej szkoły, pogłębiła się teraz przez zasadniczy cel walki z wrogiem. Romantyczna i wrażliwa dziewczynka obiera sobie za pseudonim imię średniowiecznego rycerza z czasów wypraw krzyżowych: "Tancred". Pełni służbę harcerską jako łączniczka, roznosząc rozkazy, listy i broń, przez dwa lata - od kwietnia 1942 roku do wybuchu powstania warszawskiego, kiedy to zostaje przydzielona do II Harcerskiej Baterii Artylerii Przeciwlotniczej "Żbik" (IV Zgrupowanie "Gurt" - 15 pp AK).

    Warto tu przytoczyć opinią o ,,Tancred", jaką przysłała mi mgr Halina Kolińska - "Średzka", dowódca patrolu łączności:

    ,,Był to mój najmłodszy patrol, jaki prowadziłam w okresie okupacji: siedem młodych dziewcząt, dzieci jeszcze, które uczyłam przede wszystkim podstawowych zasad konspiracji, a potem stopniowo wdrażałam do poważniejszych zadań.

    Jeśli chcę dziś napisać kilka słów o najmłodszej z nich, «Tancred», to dlatego, że już wtedy i niejednokrotnie później zastanawiałam się, skąd się wzięło u tego dziecka tyle patriotyzmu, dojrzałości, odwagi, aby wstąpić do Szarych Szeregów i sprostać niełatwym nawet dla starszych zadaniom i dużej dyscyplinie, jaka obowiązywała w naszym oddziale.

    Na pracę oddziału składały się zbiórki szkoleniowe, na których dziewczęta uczyły się musztry, zasad łączności, organizacji wojska, stopni wojskowych, polskich i niemieckich, nauki o broni, rozpoznawania sylwetek samolotów (niemieckich, radzieckich, angielskich i amerykańskich) oraz rozpoznawania gniazd obrony przeciwlotniczej. Poza szkoleniem własnym wykonywały konkretne zadania: przepisywały w domu podręczniki wojskowe, służące do szkolenia oddziałów męskich, roznosiły prasę podziemną i broń, brały udział w małym sabotażu, prowadziły obserwacją więźniarek Pawiaka, przewożonych na śledztwo do gmachu gestapo w Alei Szucha, oraz na polecenie Kedywu obserwację różnych Niemców dla ustalenia trybu ich życia.

    Do wykonania tych zadań potrzeba było dużo odwagi, samozaparcia, poświęcenia, przebywania wielu godzin na ulicach Warszawy. Nie były to bohaterskie czyny, pobudzające wyobraźnię dziecka, przynoszące sławę czy rozgłos, lecz żmudna, nieefektowna praca, którą trzeba było wykonywać codziennie i systematycznie. I nigdy nie zdarzyło się, aby «Tancred» powiedziała: nie mogłam tam pójść lub tego zadania, czy zwiadu, wykonać. A dziewczynka chodziła także do szkoły, musiała odrabiać lekcje, podporządkować się rodzicom. Zawsze wesoła, o bujnej wyobraźni, jakże była powściągliwa, gdy chodziło o zasady konspiracji, jakże punktualnie stawiała się na każdy umówiony punkt, jak skrupulatnie wykonywała każdą powierzoną jej pracę!

    Gdy zbliżało się powstanie warszawskie, «Tancred» już od momentu pierwszego alarmu roznosiła zawiadomienia o koncentracji, później odwołania i znów, pierwszego sierpnia, ponowne zawiadomienia. Wszystkie zdążyła roznieść i punktualnie stawić się na punkcie koncentracji II Baterii Artylerii Przeciwlotniczej «Żbik» na Chmielnej".

    Harcerska bateria "Żbik" - pod dowództwem ppor. Zdzisława Szczepańskiego - "Żuka", wsławiła się w powstaniu warszawskim walką o szyny kolejowe w rejonie Dworca Głównego. Licząca siedemdziesięciu kilku żołnierzy, młodych chłopców z Szarych Szeregów, bateria trzymała się na wyznaczonym odcinku, obejmującym domy przy ulicy Chmielnej od nr 55 do 67, broniąc twardo linii kolejowej, tak że od początku do końca powstania nie przeszedł żaden niemiecki pociąg. Już trzeciego sierpnia harcerze zdołali rozkręcić szyny i przeszkodzić ewakuacji niemieckiej załogi Dworca Głównego; rozbity przez nich ewakuacyjny pociąg zablokował wykop, o który odtąd toczyły się zażarte walki. Wykop przez cały czas powstania pozostawał w rękach polskich. Ten fakt utrudnił komunikacje Niemcom, którzy musieli kierować pociągi drogą okrężną przez Dworzec Gdański, co wkrótce odbiło się, nawet na całokształcie działań wojennych, skoro gen. von dera Bach stwierdzał w swym "Dzienniku": "Walczące na wschód od Pragi wojska frontowe, już silnie pobite, czuły zagrożenie swej drogi odwrotu na zachód".

    Druhowie - żołnierze na swych pozycjach zorganizowali się świetnie. Mieli swoje warsztaty rusznikarskie, piekarnię, magazyny, nawet własną elektrownię i chętnie udzielali wszelkiej pomocy sąsiadującym z nimi oddziałom. Podstawowym zadaniem baterii "Żbik" było objęcie obrony przeciwlotniczej po opanowaniu Dworca Głównego z działami plot przez inne oddziały zgrupowania, atakujące Dworzec od ulicy Nowogrodzkiej i Alej Jerozolimskich. Niestety jednak, ten mocno obwarowany bastion niemieckiej obrony nie mógł być zdobyty przez siły powstańcze. "Dworzec pozostał w rękach niemieckich, ale szyny były nasze" i to był duży wkład harcerzy do walki.

    Pozycje i barykady baterii "Żbik" stały się swego rodzaju powstańczą redutą, z której harcerze nie tylko bronili szyn, lecz urządzali wypady na przedpole nieprzyjaciela, udaremniając manewry niemieckiego pociągu pancernego. Uczestniczyli także w innych akcjach, jak słynny atak na gmach PAST-y przy ulicy Zielnej, i współdziałali również przy osłonie ewakuacji powstańców Starówki. Wszyscy żołnierze baterii "Żbik" byli chłopcami szesnasto-, siedemnastoletnimi, którzy po kapitulacji Warszawy wzbudzili zdumienie Niemców zarówno swym wiekiem, jak i tym, że było ich tak niewielu. Bo Niemcy przez cały czas sądzili, że udaremnia im komunikację jakaś poważna i liczebna jednostka wojskowa...

    Danuta Reinhard była łączniczką baterii "Żbik" oraz pełniła w niej służbę wartowniczą i obserwacyjną. Zachowało się zdjęcie tej piętnastoletniej dziewczyny, stojącej na posterunku w pełnym rynsztunku bojowym, w hełmie, z karabinem i granatem. Podczas pełnienia służby została ciężko ranna i zasypana gruzem. Opowiadają o tym jej koledzy z baterii "Żbik": sanitariuszka Krystyna Panek - "Szczepańska" oraz kanonier, Michał Buliński - "Brochwicz", bowiem pani Danusia mało mówi o sobie, nie podkreśla też swych zasług, które, jak się przekonamy, nie były bagatelne.

    "Dnia 23 sierpnia około godziny jedenastej w dom przy ulicy Chmielnej 57 uderzył pocisk «krowy». Tak zwaliśmy tę groźną broń - pociski, zawierające fosfor, po wybuchu których waliły się całe piętra domów, a wszystko wokół stawało w płomieniach; zapowiadały je potworne, powtarzające się zgrzyty.

    W pobliżu (naszego punktu obserwacyjnego, gdzie pełnili służbę piętnastoletnia łączniczka «Tancred» oraz szeregowy «Brochwicz», runął mur. «Brochwicz» został zasypany gruzem, a «Tancred», zupełnie zszokowana, z głębokimi, krwawiącymi ranami twarzy i głowy, przybiegła do kwatery dowódcy oddziału, por. «Żuka», wołając głośno o pomoc dla kolegi.

    Natychmiast por. «Żuk» wraz z chłopcami pobiegli na miejsce wypadku. Ciężko rannego «Brochwicza» opatrzono i przeniesiono do szpitala w celu zoperowania. «Brochwicz» stracił obie nogi, ale dzięki «Tancred» ocalił życie. Nasza mała «Tancred» była miłą, czarnowłosą dziewczynką o ogromnym poczuciu obowiązku i najpełniej wcielała w życie hasło harcerskie o niesieniu pomocy bliźnieniu. W naszej kwaterze przy ulicy Chmielnej opatrzyłam jej rany, jednak były one zbyt poważne, dlatego też musiałam ją przeprowadzić pod ostrzałem na punkt lekarski przy ulicy Śliskiej. Tam skaleczenia zostały zszyte i «Tancred» dostała przepustkę do domu".

(Informacja błędna. Uratowano nogi Michałowi Bulińskiemu pseudonim "Brochwicz". Do końca życia miał problemy z chodzeniem, często korzystał z laski, jednak nogi zachował. Patrz biogram i galeria Michała Bulińskiego. (dopisek Jana Wawszczyka))


    Michał Buliński - "Brochwicz", kanonier, potwierdza tę wypowiedź, wdzięczny do dziś małej "Tancred" za ocalenie życia. Nieco starszy od młodych harcerzyków, patrzył na nich jak na ,,dzieciaki" i "Tancred" w jego oczach była także małą dziewczynką. Tak wspomina pierwsze spotkanie z nimi:

    "Kręci się na podwórzu spora gromadka zupełnie małych dzieci, 10-12-letnich, chłopcy i dziewczynki; okazuje się, że są to łącznicy, strasznie poważni i przejęci. Było ich wielu, ale w pamięci zachowały mi się dwie osoby: łączniczka «Tancred» w wieku około 10 lat, zawsze skupiona, poważna, małomówna, i mały «Hetman», bystry, sprytny, pierwszy do każdego działania. Mogły zastanawiać już same ich pseudonimy. Dlaczego ta dziewczynka obrała sobie imię księcia normandzkiego, wsławionego w wyprawach krzyżowych? W szkole nie mogła się jeszcze o tym uczyć...

    Po kilku służbach na posterunkach obserwacyjnych doszedłem do wniosku, że mała «Tancred» to wyjątkowe dziecko. Krytycznego dnia pełniliśmy służbę na strychu, ona przy telefonie, jak zwykle czujna na każde słowo, ja przy karabinie. W pewnej chwili od strony Hal Mirowskich dobiegły dźwięki, a raczej straszny zgrzyt wyrzucanych min, zwanych przez nas «krowami» lub «szafą». Jedna z nich spadła na nasz dom. Wybuch - widzę, jak pęka olbrzymia beczka z wodą, która stała w pobliżu naszego stanowiska - rozlewają się strumienie wody. Straciłem przytomność. Po kilku dniach koledzy w szpitalu opowiedzieli mi, że «Tancred», choć też ranna, wyciągnęła mnie z gruzów i sprowadziła pomoc. Dzielna dziewczynka uratowała mi życie. Nikt nie spodziewał się, że takie małe, drobne dziecko nie straci głowy i opanuje strach, jaki ogarnia człowieka w czasie eksplozji pocisku i walenia się gruzu..."

    O tych świadectwach swej dzielnej postawy mecenas Kalinowska dowiedziała się, dość późno, bo... w trzydzieści lat po powstaniu. Dopiero bowiem wtedy zetknęła się ze swymi towarzyszami broni, pamiętającymi czyn małej "Tancred". Sama nie pamiętała o nim lub nie przywiązywała wagi do sprawy, która wydawała się jej zupełnie zwykła i naturalna. Miała zresztą inne, poważne powody, by ten sierpniowy atak na swój posterunek zatarł się jej w pamięci...

    Dostawszy po owym dniu przepustkę do domu, przedarta się nocą przez posterunki, aby dotrzeć do ulicy Okólnik. Po raz ostatni widziała wtedy swoją rodzinę.

    Tragiczny los spotkał jej ojca, Walerego Reinharda, a potem matkę i siostrę Halinę, dwudziestoletnią sanitariuszkę "Haneczkę". Ojciec ginie zabity przez "gołębiarza" (ci strzelcy, ukryci na górnych piętrach i dachach domów, rekrutujący się przeważnie z cywilnych volksdeutschów, byli plagą dla powstańców). Matka z Haliną, ewakuowane z Okólnika na ulicę Piękną, kończą życie pod gruzami domu, zbombardowanego pociskami niemieckiej "grubej Berty".

    Danusia zostaje zupełnie sama. Koszmar palącego się, ginącego miasta i tragiczna śmierć ukochanych osób sprawiają, że dziewczynka żyje w ciągłym szoku, nieprzytomna, ogłuszona bólem. Ktoś patrzący na nią z boku odnosi wrażenie, że Danusia nie zdaje sobie zupełnie sprawy z tego, co ją spotkało i co się wokół dzieje. I to są może błogosławione chwile, pozwalające jaj przetrwać. Samotna mała "Tancred" szuka serca w swojej harcerskiej baterii, garnie się do koleżanek, pragnąc znaleźć zapomnienie.

    Krystyna Panek opowiada, że Danusia dała jej futerko poległej siostry, że rozdawała pamiątki, tak jakby chciała rozdać serce. Pani mecenas Kalinowska teraz tego nie pamięta, nic nie wie o żadnym ofiarowanym futerku, które zresztą zostało jej zwrócone, bo tak sanitariuszka - jak dowódca baterii od tego skrzywdzonego przez los dziecka nie chcieli przecież niczego brać.

    Krystyna Panek była towarzyszką Danuty Reinhard jeszcze przed okresem powstania, prowadziła zajęcia wychowania fizycznego w patrolach Szarych Szeregów, a takie szkoliła plutony sanitarne i tam zetknęła się z "Tancred" już w maju 1942 roku. Według jej opinii mała Danusia była zawsze wzorem obowiązku, serdeczności i koleżeństwa.

    Popowstaniowe losy "Tancred" były bardzo ciężkie, zważywszy jej stan psychiczny po przeżyciach i sieroctwo, nie mówiąc już o wstrząsie wywołanym tragiczną sytuacją miasta i powstańców. Mała "Tancred" nie chciała rozstawać się z kolegami z baterii "Żbik", pragnęła im towarzyszyć w drodze do obozów jenieckich, lecz dowódca ze względu na jej młody wiek zadecydował, że dołączy do ludności cywilnej.