ARCHIWUM







Wspomnienia Oskara Janusza Królikowskiego

Ze zbiorów Pawła Królikowskiego



DZIECIŃSTWO

Dzieciństwo naszej trójce przebiegało dość beztrosko, nie licząc dość częstych egzekucji, których wykonawcą był tata a narzędziem pas. Lalę, pupilkę ojca omijały te nieprzyjemności. Waldek od dziecka był spokojny i zrównoważony, więc nie dawał powodu. Skrupiało się na mnie.

Dziś myślę, że tata przy pomocy pasa rozładowywał stresy i napięcia psychiczne. Jak przystało na pedagoga (chyba XVII-to wiecznego) lał wówczas tęgo i z wyraźną przyjemnością, gdyż pożycie moich rodziców składało się z okresów wielkiej i burzliwej miłości oraz kłótni, potem cichych dni. Zaś ofiarą tej huśtawki uczuć był mój tyłek, który z czasem nabrał takiej odporności, że jeśli darłem się w niebogłosy li tylko po to, aby przestał krępując się jednak przechodniów za oknami.

Skłamałbym jednak nazywając się idealnym dzieckiem. Można rzec, że przeciwnie – gorszego huncwota i ze świecą by nie znalazł – nie bez racji mawiała babcia. Nie było najgorszej dziury, w którą bym nie wlazł, drzewa, na którego najwyższej gałęzi bym się nie huśtał. A propos – dziwi mnie, że współcześni chłopcy nie przejawiają żadnej skłonności do łażenia po drzewach. Za moich czasów niemal wszyscy moi rówieśnicy wspinali się po gałęziach niczym małpy. (Może to dla tego, że wówczas wierzono jeszcze w teorię Darwina?). Kiedy się rozbawiłem, zapominałem o upływającym czasie. Wracałem do domu, gdy rodzeństwo już spało. No i wiadomo – lanie.

Nie miałem więcej niż 4 lata, gdyż było to jeszcze w Rykach. Namówiłem Waldka, aby spuścił mnie w wiadrze do bardzo głębokiej studni. Intrygowało nas bowiem, że coś odpowiada, gdy się w głąb głośno krzyknie. Było w niej bardzo zimno, ale nic by się chyba nie stało, gdybym nagle nie ujrzał nad sobą gwiazd na tle czerni nieba. Zupełnie jak nocą. Podniosłem wrzask, a mój starszy brat puścił korbę i zwiał. Wiadro plusnęło o lustro wody, a ja trzymając się łańcucha wrzeszczałem, bo była noc i zmarzłem. Szczęśliwie przez otwarte okno usłyszała mnie babcia i drugi szczęśliwy traf – zaziębiłem się, więc lanie dostał tym razem tylko Waldek. Któż by bił chore dziecko? Zdarzenie to, (jedno z niezliczonej ilości) przytoczyłem w tym celu, aby stwierdzić, że nie bardzo dziś się dziwię memu ojcu, że nie żałował pasa. Na szczęście moje dzieci miały znacznie spokojniejsze temperamenty.

Moja kochana siostra przestała być Lalą dopiero w czasie wojny, gdy poczuła się na tyle poważna, aby ocenić idiotyzm tego przezwiska. Przeprowadziła to w bardzo prosty sposób. Po prostu przestała na nie reagować. Można było 100 razy wołać Lala – zachowywała się jak głucha. Zresztą od dawna w niczym lalki nie przypominała (nie ujmując jej urodzie). Po drzewach, płotach i dachach biegała wraz zemną, a charakterek zaczęła przejawiać taki, że Babcia nazwała ją „czarnym podniebieniem”. Zostało jej to do dziś. Twarda jak mało który chłop. Prawdę wali prosto z mostu. Jest uczciwa i bezkompromisowa.

Mina, jaką prezentuję na tym zdjęciu, jest dość znamienna. Nic dziwnego. Przed chwilą było „wdupolanie”. Rodzice postanowili zabrać nas gdzieś tam z niedzielną wizytą, ale ja niedawno się pływać i chciałem się przed rodziną pochwalić. Oznajmiłem, że w żadne gości nie idą, tylko ma basen. (Było to w Żelechowie). Ojciec jednak przy takiej różnicy zdań dysponował argumentem nie do odparcia (zakończonym sprzączką). Musiałem więc ulec, choć moczenie w wodzie tyłka bardzo by mi się akurat przydało. Ale kto to się liczy z potrzebami pokrzywdzonego dziecka.

Rok 1939 wybitnie sprzyjał psychicznemu dojrzewaniu naszej trójki. Już wczesną wiosną rozpoczął się proces rozwodowy rodziców. Niewątpliwą winę ponosi ojciec. Po 15-tu latach małżeństwa znalazł sobie kochankę. Jak na ironię nazywała się Aniołówna. Była nauczycielką, koleżanką mamy z tej samej szkoły w Jelonkach, której kierownikiem był ojciec, a my pobieraliśmy edukację. Najokropniejsze było to, że postanowili nas rozdzielić. Rita, która publicznie, przy całej klasie znieważyła Aniołównę, miała zostać przy mamie. Waldka i mnie zabrał ojciec. Na razie nie wiedział dokąd, więc w lipcu pojechaliśmy na obóz harcerski, w sierpniu na kolonię, 1-go września zaś wybuchła wojna.

WOJNA

Mama z Ritą zostały w naszym dawnym domu w Jelonkach. Dla nas wraz z babcią Tata wynajął parterowy domek w Radości w pobliżu Babci Bolki i Gienka. Przydział wojskowy dostał w Lublinie, a że w pobliżu mieszkała ciotka Hanka, zabrał ze sobą Waldka i swoją Aniołównę, aby [ich tam zostawić] dalej od postępujących w głąb Polski Niemców. Czyż mogłem zostać z nudnymi dziadkami, gdy serce rwało się do Mamy i Ritki? Gdy tylko babcia gdzieś wyszła, spakowałem swój plecak i poszedłem pod prąd uciekinierów z Warszawy. Po wielu przygodach, późną nocą zjawiłem się w Jelonkach. Miałem 11 lat. Waldek przetrwał wojnę i część okupacji u ciotki Hanki pod Lublinem, a ojciec zwiał z transportu jeńców wojennych i wrócił do Warszawy.

OKUPACJA

Kraj znalazł się pod okupacją dwóch odwiecznych wrogów, napadnięty zdradziecko bez wypowiedzenia wojny. Gdyśmy bronili się Niemcom, 17 września nóż w plecy wbili nam Bolszewicy. Nie byliśmy w stanie bronić się kolosalnej przewadze. Na 5 lat nad Polską zapadła koszmarna noc. Noc znaczona łapankami, torturami na gestapo, obozami koncentracyjnymi, publicznymi egzekucjami i masową eksterminacją Żydów (szoach). Na wschodzie Polski działo się to wszystko w znacznie większym wymiarze. Kogo nie zabito na miejscu, wywieziono na wyniszczenie do gułagów na Sybir. Oficerów do Katynia, a stąd do piachu.

Co w tym czasie działo się w naszej rodzinie? Mama z Ritką wkrótce przeniosły się z Jelonek do Pruszkowa, gdzie nadal była nauczycielką, Waldek przez następne dwa lata został z ciotką H. w Niemcach (wieś pod Lublinem), a ja zamieszkałem z ojcem w Rembertowie. Był kierownikiem w szkole podstawowej. Okupant tylko taki poziom wykształcenia przeznaczył Polakom – czytanie, pisanie i liczenie do tysiąca. Niewolnik nie musi więcej wiedzieć. W podziemiu jednak tętniło nauczanie gimnazjalne i uniwersyteckie. Ścigane przez gestapo, a wykryte karane śmiercią dla profesorów, dla uczniów obozem koncentracyjnym. Także powszechna była konspiracja wojskowa i harcerska, w której działałem również ja. W 1942 roku, gdy Waldek wrócił do nas z Niemiec (pod Lublinem) ojciec skontaktował nas z oddziałem wojskowym. Była to II-ga harcerska bateria artylerii przeciwlotniczej „Żbik”. Dowódca był oficerem artylerii p-lot. i szkolił nas teoretycznie do przyszłych zadań na ewentualnie zdobytych działach. Równolegle odbywaliśmy ćwiczenia z bronią, ćwiczenia piechoty w podwarszawskich lasach i zajmowaliśmy się tzw. Małą dywersją. Były to: malowanie na murach różnych haseł, zrywanie flag ze swastyką, rozlepianie ulotek, rozbrajanie Niemców itp.

ŻYDZI

Pisząc o okupacji nie sposób pominąć niemal całkowitej eksterminacji Żydów. Mogę o tym mówić autorytatywnie, gdyż działo się to na moich oczach, a te miałem szeroko otwarte i wszędobylskie. Obserwowałem getto warszawskie, przejeżdżając przez nie tramwajem, bardzo dobrze znałem rembertowskie. Tu daleko łatwiej było Żydom pomóc, choć żydowscy policjanci pilnowali, aby tego nie robić, okładając dębowymi pałami swych „braci” usiłujących podnieść przerzucony im chleb czy ziemniaki. W gettach całą brudną robotę wykonywali za Niemców sami Żydzi. Czyli tzw. Judenrat. Rada złożona ze starszych, bogatych Żydów miała do dyspozycji armię dobrze odżywionych policjantów żydowskich, uzbrojonych w metrowej długości dębowe pały, których za kęs strawy i nadzieję przeżycia nie szczędzili rodakom. Na próżno. Tę hańbę zabrali ze sobą do palenisk pieców krematoryjnych. Po wojnie, gdy ocaleni zaczęli wyjeżdżać do Izraela, rdzenna ludność pluła na nich, zarzucając, że jak barany szli na rzeź nie usiłując się bronić, lub choćby uciekać, wymyślili sobie swoistą teorię. Nie pomni tego, że gdyby ich Polacy nie ukrywali, karmili (choć sami głodowali), wszyscy wylecieliby przez kominy krematoriów. Teoria polegała na fałszu, że nie mieli żadnej szansy obrony czy ucieczki, gdyż Polacy wespół z Niemcami łapali ich i mordowali. Tymczasem ponad 150 000 gospodarstw polskich wraz z rodzinami spalono za przechowywanie Żydów. Nie nazywają antysemitami francuzów, którzy własnymi rękami pakowali ich do wagonów odchodzących do obozów koncentracyjnych, ani Niemców, którzy ich wymordowali, lecz nas, którzy ich przechowywali narażając na śmierć siebie i całe rodziny. Nic dziwnego, Niemcy po wojnie dali im odszkodowanie w wysokości kilkunastu miliardów dolarów. Żydzi zawsze byli łasi na srebrniki (vide Judasz). Czy mając taką wiedzę można nie być antysemitą? Ale dość już o Żydach. Nadchodzi powstanie.

POWSTANIE

Ojciec nasz należał do oddziału rembertowskiego. 28 lipca, w piątek ogłoszono pogotowie. Mój starszy brat i ja pobiegliśmy z bronią na wyznaczone kwatery w Warszawie. Niestety, przez te kilka dni, jakie dzieliły nas od godziny „W”, tj. 1-go sierpnia, wyjedliśmy dokładnie wszystko, co było w mieszkaniu. Wszak siedzieliśmy tam całą drużyną. 1-go sierpnia Waldek z jednym jeszcze kolegą dostali rozkaz wrócić do Rembertowa po żywność i już nie wrócili. Zostali odcięci. Wstąpili do oddziału ojca. Tam jednak powstanie nie wybuchło. W Rembertowie, czekając Rusków stacjonowała cała dywizja pancerna Niemców. I dobrze, bo byłaby to rzeź. Gdy wkroczyli Rosjanie, całe AK wyszło ich witać. Oni zaś, jak to czynili wszędzie na wschodzie Polski, rozbroili chłopców i wsadzili za druty. Kto nie podpisał czegoś w rodzaju deklaracji lojalności z potępieniem dowództwa Armii Krajowej wyjechał na wschód, skąd nikt już nie wrócił. Ojciec z Waldkiem wstąpili do II Armii Wojska Polskiego. Ojciec odbył kampanię do końca, potem walczył w Bieszczadach z Ukraińcami U.P.A. Waldek po wojnie opowiadał, że bez żadnego przygotowania artyleryjskiego wysyłano ich na okopy wroga, gdzie na przedpolu wroga tracili połowę stanu. Stosowano jeszcze wiele innych szykan. Po prostu przeznaczono AK na wyniszczenie. W tej sytuacji zdezerterował. Kto chce, niech go za to potępi, ja nie.

Powstania nie będę opisywał. Znajdziecie to w wielu książkach i publikacjach. Powiem Wam tylko, że gdy brakowało nam dosłownie wszystkiego, wyczekiwaliśmy odsieczy „sojuszników”, którzy patrzyli zza Wisły jak Warszawa ginie, dziś jestem szczęśliwy, że nie przyszli, bo choć ciężko w obozach jenieckich głodowaliśmy, żyjemy.

W maju 1945 roku wróciłem. Pierwsza powitała mnie Ritka tak spontanicznie, że obaliła na ziemię. Ważyłem raptem 37 kg.

Janusz Oskar Królikowski




Aktualizacja: 18.02.2013