"Biernacki" - Gruszczyński Konrad

Helena Gruszczyńska w 1964 roku.





Podpis na odwrocie fotografii.

KOBIETA W CZERNI

Teresa Brzóskiewicz-Stefanowicz, wdowa po Albercie Stefanowiczu (“Halicz”), porządkując jego rzeczy osobiste (już kilka lat po Jego śmierci) natknęła się na zdjęcie przedstawiające trzymaną na tle portfela legitymacyjną fotografię młodego chłopaka. Zastanowił ją podpis z tyłu zdjęcia, zrobiony, jak twierdzi, ręką Alberta: “Gruszczyński”. Kiedy pokazała mi to zdjęcie, nie miałam wątpliwości, że tą fotografią w fotografii była podobizna Konrada. Znałam ją bardzo dobrze, bo była dokładnie tą, która przez lata całe stała na pianinie w domu Dziadków. Powstało pytanie – skąd wśród pamiątek Alberta to zdjęcie? Teresa skontaktowała się z przyjacielem Alberta, Maciejem Dominikowskim (“Maciek”), który przypomniał sobie, że zdjęcie zrobione zostało na cmentarzu, kiedy do grupy (jak rozumiem – dawnych członków Żbika lub Gurta) zbliżyła się pani w czerni, pytająca czy nie znają tego chłopaka i czy czegoś o nim nie wiedzą. Ponoć obiecali, że jeśli trafią na jakieś wieści, dadzą znać. Prawdopodobnie dlatego zanotowane zostało nazwisko. Nie wiem, czy chodziło o spotkanie większej grupy, w każdym razie jedno z tych odbywanych regularnie, o których Babcia musiała się w jakiś sposób dowiedzieć. Kobietą, o której wspomina Maciej Dominikowski była na pewno Matka Konrada – od kiedy Ją pamiętam, zawsze chodziła w czerni.

Zdjęcie Konrada wśród pamiątek Alberta ma szczególne znaczenie. Dla nas, Gruszczyńskich – na pewno sentymentalne, dowodzące siły wiary Heleny Gruszczyńskiej w to, że jej Syn żyje, Jej wytrwałości w poszukiwaniach, tak przecież trudnych. Wydaje mi się, że ani mój żyjący Stryj Mieczysław, ani Ojciec nie zostali przez Babcię poinformowani o tym, że Konrad był w Żbiku czy Gurcie. Dopiero identyfikacja zdjęcia ze zbiorów Alberta otworzyła drogę poszukiwań i natychmiast okazało się, odnajdujemy “Biernackiego” w spisach osobowych Gurtu (swoją drogą, mam wrażenie, że używał także pseudonimu “Adam Biernacki”). Ale historia ta wzbudza także podziw – jak bardzo sumienny i oddany sprawom Powstania był Albert Stefanowicz. Kto z nas, tułając się po całym świecie (a z tego, co mi wiadomo, wędrówki Alberta wiodły bardzo różnymi drogami), w bagażu swoim niósłby zdjęcie obcego człowieka tylko z nadzieją, że może kiedyś go spotka lub tylko dlatego, że dał kiedyś słowo nie zapomnieć o prośbie czyjejś Matki w żałobie. W tobołku tułacza znajdują się przecież tylko rzeczy niezbędne i te, które są nadzwyczaj cenne.

Szkoda, że kiedy mój Ojciec i ja poznaliśmy Alberta, był On na tyle chory, że chyba nawet nie pamiętał o pliku przechowywanych zdjęć. Gdyby do nich zajrzał, skojarzyłby nazwisko, może wówczas wcześniej odkryłoby się tajemnicę zdjęcia, może jeszcze i mój Ojciec mógłby coś do tej historii dopowiedzieć.

Dla mnie historia ta ma znaczenie nadzwyczaj osobiste. Jak wspomniałam wyżej, wzrastałam w przekonaniu, że Konrad kiedyś wróci. W swoisty sposób ten niezwykły krąg, jaki dzieje jednej fotografii zatoczyły – krąg ludzki: z rąk mojej Babci do rąk Matki mojego Męża, a także przestrzenny, bo przecież objechała cały świat – jest symbolicznym powrotem Konrada do domu.

Anna Gruszczyńska-Ziółkowska
Warszawa, sierpień 2010 r